Rodos kojarzy się głównie z plażami, Akropolem w Lindos i Kolosem, którego dawno nie ma. Tymczasem to jedna z najciekawszych wysp winiarskich Grecji – i to z powodu, który dla winiarza brzmi jak bajka. Rodos to jedno z niewielu miejsc w Europie, gdzie winorośl w dużej mierze przetrwała epidemię filoksery. Pojechałem tam, odwiedziłem kilka miejsc – od portu w mieście Rodos, przez wyspę Symi, zamek w Monolithos, Akropol w Lindos, aż po górską wioskę Embonas – i wróciłem z butelką oraz z opowieścią, którą pozwolę sobie z wami podzielić.

Mapa, źródło: https://www.rhodes-beaches.com/en/rhodes-map/.
Dlaczego Rodos to raj dla winorośli?
Zacznijmy od pogody, bo to ona robi tu całą robotę. Rodos ma jeden z najsłoneczniejszych klimatów w całej Grecji – około 300 słonecznych dni w roku, gorące lata i krótkie, łagodne zimy. Deszcz pada głównie zimą, a w sezonie wegetacyjnym jest go jak na lekarstwo. Brzmi jak przepis na przegrzane, ciężkie wina – ale tu wchodzi druga zmienna.
Tą drugą zmienną są wiatr i wysokość. Latem od północy wieją chłodne bryzy, które temperują upał, a winnice wspinają się wysoko po zboczach góry Attavyros, najwyższego szczytu wyspy (1215 m n.p.m.). Wioska Embonas, serce winiarskiego Rodos, leży na wysokości około 800 metrów – to najwyżej położona miejscowość na wyspie. Na takich wysokościach noce są chłodne, dojrzewanie wolniejsze, a winogrona zachowują kwasowość, która w nizinnym upale dawno by się ulotniła. To dlatego białe wina z Rodos potrafią być świeże i lekkie mimo greckiego słońca.















Warto dodać jedną rzecz, o której często się zapomina. Rodzime szczepy są tu poukładane według wysokości. Białe Athiri rośnie najwyżej, w górskiej strefie, gdzie trzyma kwasowość. Czerwone Mandilaria (lokalnie nazywane Amorgiano) sadzi się niżej, w cieplejszych, półgórskich rejonach, gdzie dojrzewa do końca i daje rubinowe, garbnikowe wina. Jeden teren, dwa piętra, dwa różne style.
Filoksera, której nie było – prawie
Teraz najciekawsze, czyli powód, dla którego napisałem ten wpis. Pod koniec XIX wieku filoksera – mszyca niszcząca korzenie winorośli – zmiotła praktycznie całe europejskie winiarstwo (trochę więcej pisał o tym już profesor Marek Rekowski). Ratunkiem było szczepienie europejskiej winorośli na amerykańskich podkładkach odpornych na szkodnika. Dziś niemal cała winorośl w Europie rośnie na takich “wszczepionych” korzeniach.
Rodos jest jednym z wyjątków. Najczęściej słyszy się, że “filoksery tu nie było”, ale prawda jest bardziej niuansowa i ciekawsza. Filoksera dotarła na wyspę, jednak specyficzna, piaszczysto-granitowa gleba zahamowała jej rozprzestrzenianie się. Mszyca źle radzi sobie w luźnym, piaszczystym podłożu. Dzięki temu na zboczach Attavyros do dziś rośnie mnóstwo starych winorośli na własnych korzeniach (po angielsku mówi się o nich self-rooted albo ungrafted), niewszczepionych na amerykańskie podkładki.
Dla winiarza to ma realne znaczenie. Stare, samo ukorzenione winorośle to żywe archiwum lokalnych odmian, nieprzefiltrowane przez wymuszone szczepienia. To także część tożsamości miejsca – coś, czego nie da się odtworzyć ani kupić, bo buduje się przez sto kilkadziesiąt lat.
Kounaki Wines – winnica, do której wraca się z Ameryki
W Embonas trafiłem do winnicy Kounaki Wines, działającej od 1928 roku. I tu zaczyna się historia, która zostaje w głowie dłużej niż smak wina.
To winnica rodzinna w pełnym tego słowa znaczeniu. De facto pracuje w niej kilka osób – bez korporacyjnego sztabu, bez maszyny marketingowej. Założyciele swego czasu wyjechali zarobkowo do Stanów, jak wielu Greków z wysp w XX wieku. Ale wrócili. I zamiast osiąść na emeryturze, zaczęli robić wino na ziemi przodków. To nie jest historia o wielkim biznesie, tylko o powrocie do korzeni – dosłownie i w przenośni.
Filozofia jest dziś dość klarowna. Idą w stronę zrównoważonej, organicznej produkcji. Starają się stosować jak najmniej siarki. Świadomie nie chcą trafiać do supermarketów – produkcja jest mała, kilka tysięcy butelek różnych etykiet rocznie, a konsumpcja odbywa się w dużej mierze na miejscu, u źródła. To model, który spotkałem już w Macedonii Greckiej i o którym pisałem przy okazji Salonik – małe winnice, lokalna sprzedaż, jakość ponad skalę.
Drobny szczegół, który mnie rozczulił: w tym roku odwiedza ich kuzynka mieszkająca na stałe w USA, żeby po latach zrobić rodzinne spotkanie. Cała ta winnica to w gruncie rzeczy opowieść o emigracji, powrocie i o tym, że niektórzy ludzie wybierają zostać tam, gdzie się zaczęło. Wino jest tu poniekąd pretekstem.










A samo wino? Białe są bardzo pijalne – lekkie, świeże, przyjemne, dokładnie takie, jakich oczekuje się od górskiego Athiri. Tego rodzaju wina, których nie trzeba analizować ani celebrować, tylko po prostu nalać do kieliszka na tarasie. Trudno nie polecić.
Co jeszcze warto zobaczyć – krótka trasa po wyspie
Skoro już jedziecie po wino, zróbcie z tego wyprawę. Z mojej trasy zostało mi w pamięci kilka przystanków, które dobrze łączą się z winiarskim Embonas.
- Samo miasto Rodos – świetne, niedoceniane miasto. Stare Miasto to jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie, wpisany na listę UNESCO. Koniecznie zróbcie spacer po murach obronnych – widok z góry na całą starówkę jest tego wart. Są też pozostałości antycznego akropolu Rodos (wzgórze Monte Smith) ze świątynią Apolla, dużo spokojniejsze i mniej oblegane niż Lindos.
- Akropol w Lindos – antyczny akropol na klifie nad turkusową zatoką, jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na wyspie. Idealny na poranek, zanim słońce zacznie przypiekać.
- Zamek w Monolithos – rycerska forteca joannitów na szczycie skały, z widokiem, który zapiera dech. Mniej oblegana niż Lindos, za to równie efektowna.
- Prasonisi – południowy cypel wyspy, gdzie spotykają się dwa morza: Egejskie i Śródziemne. Latem niski poziom wody odsłania piaszczysty przesmyk łączący cypel z lądem. Mekka windsurfingu i kitesurfingu, ale i bez deski warto podjechać dla samego widoku dwóch mórz schodzących się w jednym punkcie.
- Wyspa Symi – rejs z Rodos na sąsiednią wysepkę, słynącą z neoklasycznych kamienic w pastelowych kolorach, które wspinają się po zboczu nad portem. Klimat zupełnie inny niż na Rodos.
- Embonas – górska wioska, centrum winiarstwa wyspy, znana też z grillowanego mięsa, po które miejscowi przyjeżdżają z całej okolicy. Wino i jagnięcina, połączenie, które na tej wysokości brzmi jak plan idealny.
Logistyka – auto tak, parkowanie to loteria
Jedna praktyczna uwaga, bo sam się na tym przejechałem. W mieście Rodos parkowanie to udręka – miejsc praktycznie nie ma, a my spędziliśmy sporo czasu, krążąc w poszukiwaniu wolnego skrawka. Warto wziąć to pod uwagę i nastawić się na to z góry albo zaparkować dalej od centrum i dojść pieszo.
Mimo to wynajem auta polecam bez wahania. Rodos jest większą wyspą, ale da się ją objechać bez problemu – drogi są w porządku, a żeby dostać się do Embonas, Monolithos czy Prasonisi, auto jest właściwie niezbędne. Transport publiczny w głąb wyspy jest mizerny, a winnice na zboczach Attavyros leżą poza zasięgiem autobusów. Samochód to wolność, żeby zaplanować własną trasę i nie zależeć od godzin powrotnych.








Druga uwaga dotyczy biletów. Większość zabytków na wyspie to wydatek rzędu 5-10 euro od osoby – nie rujnuje budżetu, ale przy kilku stanowiskach dziennie potrafi się zsumować. Nam akurat dopisało szczęście: trafiliśmy na poniedziałek 18 maja 2026, czyli Międzynarodowy Dzień Muzeów. W Grecji tego dnia państwowe muzea i stanowiska archeologiczne są otwarte za darmo, więc cały dzień zwiedzaliśmy bez biletów. Jeśli planujecie wyjazd, warto sprawdzić kalendarz darmowych wstępów (poza 18 maja są to m.in. 6 marca, 18 kwietnia, ostatni weekend września i 28 października) i pod niego podpiąć dzień najbardziej “muzealny”.
Gdzie zjeść – trzy miejsca, które zostały mi w pamięci
Skoro o jedzeniu mowa, to wino na Rodos chodzi w parze z kuchnią, a ta jest tu wyśmienita. Trzy miejsca polecam z czystym sumieniem:
- KOXILI – Nikos Surf House (Kalavarda, zachodnie wybrzeże) – tu zostaliśmy obsłużeni właściwie bez menu, przez sympatyczną starszą Panią, która po prostu przyniosła to, co najlepsze. Miejsce leży przy nadmorskiej wiosce Kalavarda, jakieś 20 km od miasta Rodos, w okolicy lubianej przez surferów. Ten rodzaj greckiej gościnności, którego nie da się zaplanować ani odtworzyć w przewodniku – po prostu się zdarza, a potem wspomina przez lata.
- Mama Sofia (Stare Miasto, ul. Orfeos 28) – tu zjedliśmy świetne mięso i zostaliśmy fantastycznie ugoszczeni. To rodzinna restauracja działająca od 1967 roku, jedna z najbardziej znanych na wyspie. Przy okazji jedna obserwacja, która rozbawi każdego, kto był w Grecji: to, ile Grecy leją wina do kieliszka, jest po prostu niespotykane. Polski sommelier dostałby zawału, ale jest w tym coś rozbrajająco szczerego.
- Taverna To Spitiko (na Symi, przy porcie) – tu okazało się, że grecka kuchnia jest zaskakująco przyjazna dla osób niejedzących glutenu. Świeże ryby, grillowane mięsa, mnóstwo dań naturalnie bezglutenowych – jeśli macie z tym problem na co dzień, Grecja może być dla was odkryciem.
Wniosek – po co pić wino z Rodos?
Rodos nie jest winiarską potęgą w sensie wolumenu czy międzynarodowej sławy – i właśnie na tym polega jego urok. To wyspa, gdzie wino wciąż jest sprawą lokalną, rodzinną, robioną w małej skali przez ludzi, którzy znają każdy rząd krzewów. Słońce, wysokość i chłodny wiatr robią tu wina lekkie i pijalne, a stare winorośle, które przetrwały filokserę, dały wyspie coś, czego większość Europy nie ma – ciągłość.
Jeśli traficie kiedyś na Rodos, zwiedźcie miasto, przejdźcie się po murach, a potem wynajmijcie auto i podjedźcie w góry do Embonas. Wino z Kounaki nie zmieni waszego życia – ale opowieść stojąca za butelką sprawia, że smakuje lepiej. A o to przecież w winie chodzi.
- Chcecie wiedzieć jeszcze więcej o świecie wina? Koniecznie zajrzyjcie do “Przewodnika po Świecie Wina” prof. Marka Rekowskiego. Pamiętajcie też o dedykacji, o którą możecie poprosić w formularzu.
- Zdjęcia są mojego autorstwa.





